Black Mirror jako pole filozoficznej walki

Niedawno miał premierę trzeci sezon serialu „Black Mirror”. Każdy jego odcinek ma zupełnie inną fabułę, postaci, aktorów itd. Wszędzie tło stanowią nowoczesne technologie i ewentualne problemy moralne związane z ich zastosowaniem. Przypomina to serię godzinnych filmów wypuszczonych pod jedną marką. Bardzo nierówną marką.

Z jednej strony są odcinki wyśmiewające to, co złe w ludzkiej naturze, albo takie będące esencją sprawiedliwości i cieszące dobrych, racjonalnych ludzi, z drugiej jednak strony były też takie, w których twórcy zaserwowali nam obrzydliwy obraz zniszczenia człowieka jako takiego – jego szacunku do samego siebie, woli mocy, wszystkiego wartościowego, co sobą reprezentował. Ogółem cały serial jest dosyć ponury i nawet te wspomniane „pozytywne” odcinki są przedstawione w przygnębiający, niepokojący sposób, co mocno sugeruje, że sense of life scenarzysty różniło się radykalnie od mojego.

Czemu warto pochylić się nad tą produkcją? Nawet jeśli filozofia danego odcinka jest obrzydliwa (a przypominam, że serial pretenduje do miana „filozoficznego”), to technicznie „Black Mirror” jest na naprawdę wysokim poziomie i człowiek ma ochotę sięgnąć po następny odcinek. Skoro oglądanie odbywa się niewielkim kosztem psychicznym, to dobrze potraktować je jako „kulturową szczepionkę” i wstęp do dyskusji etycznych z laikami.

A dyskutować jest o czym. Największe obrzydzenie wywołał we mnie odcinek o specyficznej formie eutanazji… Niestety nie mogę się w to zagłębić bez spoilerowania, więc na tym skończymy.

Adrian Łazarski

Wolnościowiec i zwolennik romantyzmu w sztuce.

Więcej tekstów - Strona autora

Może spodoba Ci się również...